Book-page
Anuluj

Rozdział 8: "Szpital"

Mój pies jest bardzo chory,
ma pod oczami wory,
połowa cielska w budzie,
a druga w błocie. „Ludzie!
Zadzwońcie po doktora,
bo bardzo późna pora”.
Jedziemy do szpitala,
testament pies ustala –
chłopaki umierają,
nawet gdy grypę mają.
Pies na kozetce leży
i szczerze zęby szczerzy.
Na salę weszła siostra,
w jej dłoni igła ostra,
a w drugiej tkwi strzykawka.
Wtem psa dopadła czkawka.
„Nie oddam tanio skóry,
powbijam wam pazury.
Każdemu, kto mnie dotknie,
odpłacę się stokrotnie!”
Karambus dostał szału,
rozkręca się pomału.
Uwaga! rozbieg bierze
i głową bach!, nie wierzę…
Rozbite szklane szafki,
na ziemi trzy strzykawki.
Ampułki z tabletkami
turlają się po sali.
Kozetka wywrócona,
Karambus chyba kona!
Pan doktor wpadł na salę
(ten ma się za mądralę),
chce złapać mego psa,
lecz on na okno gna.
Kucnął na parapecie,
a tam, już pewnie wiecie,
popatrzył tylko w tył,
a że to parter był,
hop! na trawniku siedzi
i trzęsie się, i biedzi.
Podbiegłem więc do niego,
do pieska kochanego,
za uszkiem już go drapię,
on sapie cicho, sapie.


Powrót do listy rozdziałów