Słuchajcie, to nie farsa,
mój pies leci na Marsa!
Posklejał już makietę,
zbuduje dziś rakietę.
Nazbierał tysiąc gwoździ,
palików, śrubek, sworzni,
trzydzieści metrów drutu
i cztery kilo śrutu.
Na placu leżą deski
(przyniosły je trzy pieski).
Jest także silnik z pola,
co odpadł od traktora,
jak również arkusz blachy,
co kładzie się na dachy,
lecz cztery małe koty
zerwały go dla psoty…
Zaczyna się zabawa,
Karambus wszystko spawa.
Poskręcał dziób śrubami,
a kadłub spiął nitami,
naprawił stary silnik,
co zatarł mu się wirnik.
Wyjęte z pralek drzwiczki
służą za okienniczki.
Rakieta jest jak nowa,
do startu już gotowa.
Karambus astronauta:
na głowie hełm od auta,
wytarty kombinezon,
co w szafie leżał sezon,
kalosze z brudnej skóry,
wystają z nich pazury.
Na grzbiecie pusta butla,
przypięta czymś do futra.
I wreszcie ryk silnika!
Rakieta w dymach znika,
Karambus za sterami
prześciga się z chmurami
w tym tempie, że orbita
w pięć sekund jest zdobyta.
Istnieje nawet szansa,
że dotrze wnet do Marsa.
Rozdział 13: "Rakieta"
Polecane posty
