Book-page
Anuluj

Rozdział 26: "Zamek"

Ruszamy zwiedzać zamek,
w którym jest tysiąc klamek
i drzwi jest tyleż samo.
Karambus grzmi: „O mamo!
Na zamku straszą duchy
i chodzą także słuchy,
że żyją tam upiory,
straszydła, no i zmory!”.
Stoimy przed zamczyskiem,
pies z wykrzywionym pyskiem,
do reszty przerażony,
bo pod nim most zwodzony.
Pod mostem wielka fosa,
a w niej księżniczka bosa
nad wodą się unosi,
a wkoło mgła się rosi.
Pies trzęsie się ze strachu,
ja mówię: „Przestań, brachu.
To wyobraźnia twoja,
a nie jakaś dziewoja!”.
Przed nami drzwi z antabą
i starą kutą sztabą,
lecz co to? Jakaś magia!
Drzwi się otwarły z nagła,
ukazał się korytarz.
„No co się nie przywitasz?” –
przemówił rycerz w zbroi,
co tuż za drzwiami stoi
i macha mieczem na nas.
„On nas pokroi zaraz!”
„Wiejemy” – pies powtarza
do końca korytarza,
schodami w dół, do sieni,
lecz co to? Dziura w ziemi!
Patrzymy, a tam lochy
i wszechobecne szlochy,
słychać też, jak kajdany
brzęczą o mur… O rany!
To zjawa niewolnika
pojawia się i znika.
Karambus w głos: „Psia łapka,
to chyba jest pułapka!”.
Wpadliśmy do komina,
tam wisi stęchła lina.
Wspinamy się do góry,
wokół wilgotne mury,
pająki i robale,
jak w jakiejś mdłej kabale.
Poprzez dziurawy kliniec
wyszliśmy na dziedziniec.
Widzimy drzwi w oddali
wprost do królewskiej sali.
Po bokach cztery wieże,
a w jednej, ja nie wierzę,
w warkoczach i koronie,
księżniczka we łzach tonie.
Karambus począł słować:
„Musimy ją ratować”.
Przed nami kręte schody,
maziste, śliskie z wody,
pełzają węże, żmije,
wszystko się tutaj wije.
Weszliśmy na szczyt wieży,
tam pełno nietoperzy.
Jest także i księżniczka,
przepiękna jak różyczka.
Pośrodku baszty stoi,
jej ciało suknia stroi,
lecz gdy nas zobaczyła,
to w truchło się zmieniła.
Lecz co to? Mgła w oddali
przeniosła nas do sali,
gdzie mieszkał król z królową
i starą mądrą sową.
Na ścianach sto obrazów,
w nich głowy bez wyrazu.
Pod nimi są zwierciadła,
wyłażą z nich widziadła.
Drżę cały jak osika,
bo żadne z nich nie znika.
Rozwścieczył się Karambus,
zesztywniał jak ten bambus,
calutki najeżony,
w te pędy na upiory!
A mary pośród dymku
schowały się w kominku.
Zmęczony pies się ślini,
usiadł na starej skrzyni,
lecz ta się poruszyła,
dźwięk z siebie wydobyła.
Wokół wszystko zamarło
i wieko się otwarło.
A wewnątrz swąd nieświeży,
kościotrup sobie leży.
A z nim kula z armaty,
to wróży tarapaty!
Na szczęście to niewypał
i truposz się rozsypał.
Za nami tysiąc klamek,
więc opuszczamy zamek.


Powrót do listy rozdziałów