Book-page
Anuluj

Rozdział 27: "Sanki"

Przebrani za baranki
idziemy z psem na sanki.
Będziemy zjeżdżać z górki,
po psiemu, na pazurki.
Karambus już w kożuchu
z zapleśniałego puchu,
w kozakach, co zbutwiały,
bo wieki w kącie stały,
i w jednej rękawicy,
co znalazł ją w piwnicy.
Jesteśmy już na górze,
skąpane ciała w chmurze,
wokoło wszędzie biało,
dzieciaków jest niemało.
Panuje tu bałagan,
bo dzieci jak huragan.
Michałek zabrał sanki,
co były małej Anki.
Teodor się obrócił
i śnieżką w niego rzucił.
Gdy Darek to zobaczył,
nartami go zahaczył,
najechał na Andrzeja,
co kijem grał w hokeja.
Wyskoczył na nich Tomasz
i w krzyk: „A masz, a masz!”.
Do akcji wkroczył piesek,
pozbijał wcześniej z desek
ogromne długie sanie,
wskakują wszyscy na nie.
Na przodzie pies Karambus,
tak sztywny jak ten bambus,
a za nim zgraja dzieci
pośrodku tej zamieci.
Lecz tak się wygłupiają,
że zaraz pospadają.
Karambus to wyczaił,
tej sprawy nie zataił.
Zatrzymał sanie w biegu,
A wszystkie dzieci w śniegu,
bo srąbek się wywrócił
i wszystkich z sobą skłócił.
Na dole wielkiej górki
trwa teraz bitwa w kulki.
Ktoś w śniegu orła stworzył,
ktoś nogę mi podłożył,
a teraz, sam nie wierzę,
szczęśliwy w śniegu leżę.


Powrót do listy rozdziałów