Poszliśmy raz w niedzielę
po mszy na karuzelę.
Karambus pierwszy leci,
za Karambusem dzieci.
Za dziećmi idę ja,
a za mną córka gna.
Do wagonika pcha się.
„No posuń się, grubasie!”
Wagonik na sześć osób,
pojechać nim nie sposób,
bo oprócz psa grubasa
w wagonie ludzi masa.
Jest pani w kapeluszu,
ubrana w suknię z pluszu.
I pan z kiełbasą w dłoni,
swą łapą muchę goni.
Dwaj bracia w rogu siedzą,
orzeszki sobie jedzą.
Najgorsze jest w tym to,
że jest tam kotów sto!
Diabelski młyn się kręci,
chichrają się klienci,
a w naszym wagoniku
problemów jest bez liku.
Koty chcą zjeść kiełbasę,
na pana każdy pcha się.
Brat jeden wymiotuje,
drugi orzechem pluje.
Pluszowa dama płacze,
Karambus sobie skacze.
Po chwili młyńskie koło
stanęło – niewesoło!
Ktoś krzyknął w wielkim strachu:
„Urwiemy się od dachu!”.
Wówczas mój pies Karambus
zesztywniał jak ten bambus,
a każdy, kto w gondoli,
ze wszystkich sił biadoli.
Trwaliśmy tak chwil wiele,
prawie całą niedzielę,
aż zaskrzypiało draństwo.
„Wysiadać, drodzy państwo!”
Rozdział 4: "Karuzela"
Polecane posty
