Jedziemy autobusem,
ja z pieskiem Karambusem,
a wewnątrz ogół ludzi
pod nosem coś marudzi.
Kierowca jest wesoły,
bo jedzie prawie goły,
każdy na niego zerka –
zapomniał pulowerka!
Jest kilku małych drani,
co nieco starszej pani
miejsca nie ustępują
i na podłogę plują.
Mój pies się zdenerwował,
pazury, co je chował,
najeżył, no i warczy,
a chłopcy: „Dobra, starczy”.
Swe miejsca pozwalniali,
lecz dalej się chichrali.
Psa wzięło na głupoty,
potargał im galoty.
Do teraz dwóch nicponi
od złego zawsze stroni.
Autobus dalej jedzie,
a ludzie w nim jak śledzie
stoją poupychani,
pan obok pana, pani.
Tu nie ma czym oddychać,
ktoś zaczął głośno prychać,
ktoś w tłumie puścił bąka,
ktoś kaszle, a ktoś chrząka.
Karambus w wielkim tłumie
wypatrzył piękną sunię.
Kokardka na ogonie,
mój pies z miłości płonie.
A ona kątem oka
ujrzała go i cmoka,
i macha swym ogonkiem,
czaruje złotym dzwonkiem.
Jak kręciłby globusem,
płynęli autobusem,
przystanek po przystanku,
i tak aż do poranku.
Rozdział 5: "Autobus"
Polecane posty
