Mój pies wsiadł do pociągu,
co jedzie do Hongkongu.
Ja razem z pieskiem wsiadam
i gadam z nim, i gadam.
W wagonie tłumy ludzi,
ktokolwiek żyw, marudzi.
„Słuchała pani radia?
Z balkonu mysz wypadła!
Przeżyła, Boże drogi,
lecz połamała nogi”.
Wchodzimy do przedziału,
pies pcha się, ja pomału,
łeb kładzie na oparciu,
a cielsko już w natarciu…
Ogon i tylne łapy
blokują część kanapy.
Brzuch wielki, obrośnięty
zwisł z kolan aż po pięty
pana, co ciastka zżera,
lecz teraz się wydziera.
Spoglądam, a za szybą
kominy strasznie dymią…
Przecież to nie są Chiny!
Te bloki, te kominy,
jesteśmy gdzieś na Śląsku,
na jakimś Polski kąsku.
Wtem pociąg zahamował,
Karambus poszybował
wprost na kolana baby,
co ma ogromne graby
i dusi nimi pieska –
to dramat, nie groteska!
Karambus na wpół kruchy
ma dość już tej ropuchy,
więc wbija jej pazury
w pagóry grubej skóry.
Ta fruwa po pociągu
jak jakiś kurz w przeciągu,
on za nią rozwścieczony
pokonał trzy wagony.
Narobił ambarasu
jak wilk z czarnego lasu,
aż w końcu pan konduktor
nań przeraźliwie mruknął:
„Już koniec tych swawoli,
bilety do kontroli!”.
Rozdział 16: "Pociąg"
Polecane posty
