Book-page
Anuluj

Rozdział 20: "Grzybobranie"

Idziemy dziś na grzyby,
mój pies jest przeszczęśliwy.
Pobudka o poranku,
zapomniał już o spanku
i oba długie uszka
sturlały mu się z łóżka.
Następnie grube cielsko
zsączyło się anielsko
z tapczanu na podłogę…
Karambus ćwiczy jogę?
Na szczęście nie – po chwili
mój pies pod drzwiami kwili
i na dwóch łapach stoi,
coś tu się dzisiaj kroi!
Przebrany za grzybiarza,
co rzadko mu się zdarza,
na łeb kapelusz wcisnął,
aż pysk mu się zacisnął.
Na łapach ma gumowce,
w plecaku dwa pokrowce.
Wziął także okulary
i stary kosz słomiany,
w koszyku nóż i mapa,
a trzyma to psia łapa.
Wchodzimy z biegiem czasu
do ogromnego lasu,
gdzie wokół drzew tysiące,
pod nimi krzewy pnące,
na trawie świecą liście –
jest pięknie tu, zaiście.
Przed nami leży kłoda,
zaczęła się przygoda!
Na kłodzie rośnie huba,
zjeść hubę – toż to zguba!
Karambus w poruszeniu
wlazł w krzaki w okamgnieniu.
Tam znalazł muchomora,
ten grzyb to leśna zmora!
Uwierzcie, to nie cuda,
otrułby wielkoluda!
Karambus to chromoli,
pod górę się gramoli.
I nagle orła gwizdnął,
na liściach się poślizgnął,
a tam ujrzał szatana…
To nie fatamorgana!
Borowik z piekła rodem
zachęca swym ogrodem.
Psia łapa fiku-miku
i grzyb już jest w koszyku.
Przygody to nie finał,
borowik w koszu zsiniał.
On chyba się obraził
i cały zbiór zaraził.
Karambus: „To trujaki!
Wyrzucę wszystkie w krzaki”.
Na końcu na polanie
pies woła: „Grzybobranie!”.
Zobaczył tam pieczarki,
tłuściutkie, jakby z bajki,
lecz to dopiero skucha,
bo każda z nich wybucha!
Wokoło pełno dymu,
brakuje na to rymu.
Karambus dostał czkawki,
bo były to purchawki.
I spotkał psa los marny,
do domu wrócił czarny,
z jednym brudnym kaloszem
i całkiem pustym koszem.


Powrót do listy rozdziałów