Nazajutrz o poranku
stoimy z psem na ganku,
żegnamy piękne góry,
ruszamy na Mazury.
Jedziemy z Karambusem
przez Polskę minibusem.
Mój pies jest przeszczęśliwy,
bo będzie łowić ryby.
Ochotę ma malutką,
aby popływać łódką,
pojeździć na rowerze
lub szukać żab w plenerze.
Wyszliśmy z samochodu
na stary pomost – chodu!
Karambus dostał bzika,
po deskach skacze, fika.
Założył płetwy, maskę,
a fajkę jak kiełbaskę
do mordy mocno wcisnął
i nawet nic nie pisnął.
Nurkuje, już jest na dnie.
Co znalazł? Nikt nie zgadnie –
to muszla bez ślimaka,
oj, będzie z tego draka!
Karambus wszedł do środka,
ja za nim, to nie plotka.
W jej wnętrzu sieć tuneli,
każdy się cudnie mieni.
Biegniemy labiryntem,
pies wolno, a ja sprintem,
to prawie jak zawody.
Stop! Nagle ściana wody
sążnista i tęczowa,
coś tam się za nią chowa.
Ciekawość pieska zżera,
łapami w wodzie gmera.
Ustała kipiel w końcu,
stoimy jakby w słońcu
na samym dnie jeziora,
gdzie wielka jest komora.
W niej perły i ślimaki,
wszystkiego strzegą raki.
A w przeogromnej sali
tron ze szlachetnej stali,
z szafirów i diamentów,
tysięcy ornamentów.
Na tronie coś wielkiego,
na wskroś obrzydliwego.
To głowa maszkarona,
a na niej pstra korona.
Na twarzy tkwią błotnice,
lśnią glony i sinice,
a oczy – sprawa taka –
długie jak u ślimaka.
Zesztywniał pies ze strachu.
„Wiejemy stąd, mój brachu!”
„Nieprędko, mały druhu,
jesteście w moim brzuchu” –
odezwał się ten potwór
i zamknął każdy otwór.
Karambus wściekle prycha,
najeżył swe zębicha.
Powbijał swe pazury
W pstre fałdy grubej skóry,
aż ślimak dostał czkawki,
i chlup nas do sadzawki.
Rozdział 21: "Mazury"
Polecane posty
